|
| Czy wolno nawracać Żydów? |
|
|
|
|
Tekst publikujemy dzięki uprzejmości i zgodzie autora prof. Jana Grosfelda.
Czy wolno nawracać Żydów? Temat jest drażliwy i stanowi od dawna przedmiot sporów i podziałów wśród chrześcijan, także w Kościele katolickim. Również w dialogu chrześcijańsko-żydowskim pojawia się on często, jawnie lub podskórnie utrudniając relacje między Żydami a chrześcijanami. Nauczanie Kościoła w tej materii uległo poważnej ewolucji, zaś Karol Wojtyła jeszcze jako młody ksiądz nie zgodził się ochrzcić żydowskiego dziecka, zalecając oddanie go Żydom, przez których mogłoby zostać wychowane w wierze ojców.
Światło dla narodów Żydzi mają ważne powody, by źle reagować na wszelkie, choćby tylko domniemane próby nawracania ich na wiarę chrześcijańską. Bagaż przeszłości jest faktycznie ogromny. Formy prozelityzmu uprawianego wobec Żydów były w historii rozmaite: od działań „intelektualno-teologicznych” jak kazania, publiczne debaty z żydowskimi uczonymi w Piśmie, po najróżnorodniejsze postaci przemocy: ośmieszanie, oskarżanie, walkę ekonomiczną i instytucjonalną, sprawy sądowe, przepisy prawne regulujące życie społeczne, chrzty na siłę, a wreszcie pogromy, terror emigracyjny itd. Co więcej, tego rodzaju postawy miały miejsce w tak wielu krajach i na tak szeroką skalę, że nie można uznać ich za wyraz lokalnych konfliktów, nienawiści czy wypaczeń miejscowego chrześcijaństwa i Kościoła.
Istotny wpływ na powszechny charakter negatywnego stosunku do Żydów i ich religii miał pewien nurt teologicznego myślenia, nie tylko katolickiego (Luter, Zwingli!). Ów związek przyczynowo-skutkowy uznał oficjalnie Kościół katolicki w wypowiedziach papieża Jana Pawła II, w dokumentach Stolicy Apostolskiej, niektórych episkopatów krajowych (Niemcy, Francja, Włochy, Austria, Stany Zjednoczone), a także ustami wielu ważnych postaci tegoż Kościoła, jak choćby teologa domu papieskiego o. Georgesa Cottier, kardynałów Cassidy’ego, Kaspera, Lustigera, Königa, najwybitniejszego obecnie teologa francuskiego o. Jean-Michela Garrigues, i wielu innych, również polskich teologów.
Niewątpliwym, a zarazem najmocniejszym katalizatorem tych zmian była Zagłada Żydów, dokonana przez nazistów w masowo schrystianizowanej (przynajmniej formalnie) Europie. Okazało się, że niewłaściwie ukształtowane sumienie człowieka religijnego łatwo, w sposób fałszywy i wyolbrzymiony wchłania niektóre poglądy teologiczne, co sprzyja uleganiu z gruntu niechrześcijańskim opiniom oraz konkretnym złym czynom, także wobec Żydów, i to na skalę ogólnospołeczną.
Przekonanie o konieczności nawracania Żydów na wiarę w Jezusa Chrystusa płynęło z przyjęcia dwóch głównych tez teologicznych. Pierwsza brzmi: Żydzi nie przyjęli Mesjasza, do dzisiaj trwają w błędzie trzymając się swego Prawa, pozostają więc w stanie przeklętym i nie będą zbawieni. Dla ich dobra trzeba więc za wszelką cenę Żydów nawrócić; zarazem będą oni mogli odkupić swą winę, której najpełniejszym przejawem było spowodowanie śmierci Jezusa. Do tego prozelityzmu miałyby wzywać Ewangelie (zwłaszcza Jana), inne pisma Nowego Testamentu (zwłaszcza św. Pawła, choć nie tylko) i misyjny charakter Kościoła.
Według drugiej tezy – ściśle związanej z poprzednią – człowiek może być zbawiony jedynie przez włączenie w Kościół za pomocą chrztu. Przekonanie to płynęło (i wciąż jeszcze bywa obecne) z prawdziwej skądinąd tezy, że poza Kościołem nie ma zbawienia. Sens tej prawdy jest jednak inny, głębszy, wcale nie jurydyczny, czego katolicy są dziś coraz bardziej świadomi. Faktycznie, gdyby nie było Kościoła, w którym obecny jest zmartwychwstały, żywy i nadal działający z pełnią mocy Jezus Chrystus, żaden człowiek nie mógłby być zbawiony. Jednak misja Kościoła polega na tym, aby był on lumen gentium, światłem dla narodów (według słów Soboru Watykańskiego II), czyli ma oświetlać pogan, ludzi nie znających Chrystusa i Boga. Nie muszą oni wejść jurydycznie do Kościoła i stać się jego członkami, aby zostać oświeconymi przez Chrystusa. Oznacza to, że warunkiem niezbędnym do zbawienia jest obecność w Kościele żywych świadków miłości Boga do grzesznego człowieka, ludzi przemienionych przez Jezusa Chrystusa. Wtedy inni, których grzeszności nikt, także ludzie o tzw. religijności naturalnej, ludzkiej, nie akceptuje, będą mogli powiedzieć: „Ci chrześcijanie wcale nie są oderwanymi od życia fanatykami albo udającymi pobożność hipokrytami, lecz naprawdę widać w nich miłość do każdego; mają umysł i serce przemienione, a zarazem pozostają słabi, zagrożeni grzechem. I są zadowoleni. Może więc i dla nas jest ratunek?”
Sobór Watykański II dlatego właśnie stał się wiosną Kościoła, że odnowił teologię, odsłonił ponownie światło Bożej miłości, które, tak widoczne w pierwszych wiekach Kościoła, później uległo pewnemu zaciemnieniu, gdy chrześcijaństwo rozlewając się ze Wschodu na Zachód ogarnęło całe społeczeństwa o mentalności pogańskiej, tracąc w znacznej mierze świadomość swych żydowskich korzeni. Okazuje się, że moc promieniowania jednego świętego, czyli chrześcijanina z ducha (a nie tylko ochrzczonego, którego mentalność pozostała w gruncie rzeczy niezmieniona) jest wystarczająca dla oświetlenia, zbawienia wszystkich, którzy mają z nim styczność. Jezus nie jest bowiem jakimś przywódcą werbującym tłumy, lecz światłem tak potężnym, że może oświetlić najgłębsze mroki mojego wnętrza, niedostępne nie tylko dla innych, ale i dla mnie samego. I wówczas, abym nie zgorszył się sobą, okazuje miłość do mnie takiego, jakim jestem, i dając moc stawania się nowym człowiekiem na Jego podobieństwo.
Nie bez powodu odnowa, jaką Sobór zapoczątkował w Kościele, dotyczy także relacji z Żydami i z innymi religiami. Relacja do drugiego człowieka stanowi bowiem najistotniejszy wyraz chrześcijaństwa, które jest religią miłości ukrzyżowanej. Jezus, pozwalając się prześladować i zabić, kocha tych, którzy to czynią. Postawa ta jest zupełnie przeciwstawna postawie każdego, choćby najlepszego człowieka, który nigdy nie kocha bezwarunkowo, zawsze istnieje granica, poza którą nie jest w stanie akceptować drugiej osoby. Owszem, zdarza się tolerować nieprzyjaciół, ale usprawiedliwiać ich, gdy czynią zło i oddawać za nich swoje życie jest niemożliwe. Dlatego, jeśli Dobra Nowina jest prawdą aktualną, i dzisiaj muszą się pojawiać namacalne dowody jej prawdziwości. Dowodami tymi są te właśnie osoby, w których żyje Duch zmartwychwstałego Jezusa, pozwalający kochać jak sam Bóg. W miłości tej nie ma śladu poczucia własnej wyższości, „lepszości”, lecz wprost przeciwnie – chrześcijanin szczerze uznaje się za gorszego od innych, a doświadczając Bożego przebaczenia i miłości sam może dawać je drugiemu. Nie swoją mocą, własnym wysiłkiem lub w zamian „za coś”, lecz za darmo, bo czyni to w nim sam Zmartwychwstały. Jeśli takich żywych „dowodów” brakuje, wówczas Kościół staje się jeszcze jedną instytucją religijną, jakich w świecie było i jest wiele, niczym się od nich nie różniąc poza rzeczami drugorzędnymi: obrzędowymi, moralnymi, prawnymi. Znika cała historia zbawienia, znika jej wymiar paschalny, prowadzący ze śmierci do coraz pełniejszego życia.
Dlatego ważne jest głębokie i stałe oczyszczanie świadomości Kościoła powszechnego i jego członków, zarówno co do własnych grzechów indywidualnych, jak i społecznych, w tym również wobec Żydów. Proces ten dokonuje się, choć nie bez poważnych przeszkód, sprzeciwów i cierpień. Można powiedzieć, że człowiek coraz głębiej wchodzący w chrześcijaństwo dostrzega sens historii swego życia, ale też wszystkich wydarzeń w całej historii zbiorowej. I staje się wdzięczny Bogu za wszystko, czego dokonał, począwszy od Abrahama, Izaaka, Jakuba-Izraela i dalej z ludem żydowskim. Bez historii Żydów nie byłoby historii chrześcijańskiej. Czy w takim razie, będąc świadomym wszystkich złych słów, myśli, uczynków i zaniedbań chrześcijan wobec Żydów oraz wynikłych stąd żydowskich urazów i wrażliwości, można jeszcze przyjmować wobec nich postawę misyjną?
Odpowiedź
na to pytanie należy usytuować we wspomnianym już szerszym
kontekście misji Kościoła w dzisiejszym świecie. Jestem
przekonany, że głęboka zmiana formy chrześcijańskiej (czy
katolickiej) misyjności bardzo mocno wiąże się ze stosunkiem do
Żydów. W biblijnym rozumieniu judeochrześcijańskiego
objawienia Żyd jest typem każdego człowieka, który może
odnaleźć się w tekstach Biblii i jej postaciach. Problemy
człowieka są bowiem zawsze takie same. Świadectwo mocy Jezusa Chrystusa nie może być obojętne dla nikogo. Oczywiście, jeśli ujawnia się w konkretnych postawach wierzącego, które uobecniają postawy Jezusa Chrystusa: pokornego Sługi oddającego swe życie za wrogów, nie zaś potężnego herosa wykorzystującego swą siłę, by górować nad nimi. Prawo, a nawet teorie teologiczne ustępują tu miejsca faktom, widocznym „dowodom” miłosiernej i tym samym zwycięskiej miłości Boga. Wydarzenie paschalne Jezusa tylko w ten sposób może przemówić do współczesnego człowieka, który nie widząc środka zaradczego na zło popada w zwątpienie i rozpacz, szuka świeckich ideologii czy wręcz przemocy, by temu złu zaradzić. Przestaje też sam dostrzegać zło, które czyni.
Krzyż Jezusa, który jest „promiennym światłem oblicza Ojca”, jak mówili pierwsi chrześcijanie, a także zmartwychwstanie i obecne życie Jezusa w chwale najpełniej ukazują swą prawdę i moc w formie zgodnej z istotą ewangelicznego orędzia. Oddawanie złem za zło, mentalność Kalego, szukanie ludzkiej sprawiedliwości, win drugiej strony, gdy sam jestem winny, wszelki osąd – ponownie niszczą Boży plan zbawienia, zaciemniają orędzie Jezusa, czynią Go kłamcą, a Jego potęgę bezsilną. Człowiek drugiej połowy XX i początku XXI w. jest rozczarowany ideologiami, wykorzystywaniem religii dla ziemskiego sukcesu kosztem innych ludzi. Specyfika chrześcijaństwa polega na całkowitej odmienności od czysto ludzkiego myślenia i hierarchii wartości. Chrześcijanin, jeśli chce stawać się uczniem Jezusa i doświadczać zmartwychwstania już w tym życiu, musi przejść tę samą drogę Sługi Jahwe, co Jezus. Jest to droga wyniszczenia, kenozy. Opisana ona została już w księdze Izajasza: „Oto powiedzie się mojemu Słudze, wybije się, wywyższy i bardzo wyrośnie. Jak wielu osłupiało na Jego widok, tak nieludzko został oszpecony Jego wygląd i Jego postać była niepodobna do ludzi; tak mnogie narody się zdumieją, królowie zamkną przed Nim usta, bo ujrzą coś, czego im nigdy nie opowiadano, i pojmą coś niesłychanego” (Iz 52,13-15). Fragment ten czytany jest podczas wielkopiątkowej jutrzni w Kościele katolickim. W ten dzień chrześcijanin wyznaje własne winy – w przeciwieństwie do Jezusa, który ich nie miał – gdyż musi być świadkiem oczyszczonym, w którego wnętrzu może zamieszkać Bóg. Bóg nie chce bowiem mieszkać w świątyni wraz z bożkami, idolami, którym na co dzień oddajemy pokłon. Ciągłe wyrzekanie się własnej mocy (tzw. słusznych poglądów, sukcesów i sposobów ich realizacji) oraz zajmowanie ostatniego miejsca – są to warunki, by doświadczać życia Boga w sobie.
Dla
Żydów krzyż był najczęściej znakiem przekleństwa,
prześladowań ze strony chrześcijan, znakiem śmierci. Dla
chrześcijan jest on znakiem miłości i życia. Jak więc Żydzi
mogą mieć inny stosunek do chrześcijaństwa, do Kościoła i jego
ludzi? Mówił o tym rabin Irvin Greenberg podczas konferencji
zorganizowanej przez miesięcznik „Więź” w związku z żydowskim
oświadczeniem na temat chrześcijaństwa „Dabru emet”: „Jakże
smutny jest fakt, że w ramach Dobrej Nowiny o miłości rozwinęło
się uprzywilejowane sanktuarium nienawiści, które jedynie
osłabiło jej odkupieńczą moc”.
Poprzez wieki chrześcijanie
odnajdywali w słowach Pisma Świętego potępienie i odrzucenie
Żydów, których w oczach Boga miał zastąpić Kościół.
Jedną z podstawowych przyczyn takiej postawy było przyjmowanie tych
słów jako odnoszących się do innych, nie zaś do czytelnika
czy słuchającego. Każde słowo biblijne dotyczy tego, do którego
dociera. Podobnie jak nie mam się spowiadać z cudzych grzechów,
tak słowa o odrzuceniu Żydów, o nieurodzajnym drzewie
figowym, o uczynieniu świadków z kamieni czy z prostytutki,
mają mówić o mnie, o moim życiu i potrzebie
nawrócenia. Chrześcijanin, który pragnie, by Dobra Nowina szerzyła się w świecie, ma tylko jedną drogę: nieustannie nawracać się, w każdej sytuacji szukając Pana, Jego woli i oparcia w Nim. Pozostanie on wciąż „glinianym naczyniem”, kruchym, słabym, lecz coraz bardziej przezroczystym. Wówczas ujawnia się miłość Boga do każdego człowieka. Odnowa i zmiana sposobu pojmowania misji chrześcijańskiej w świecie dokonała się po i na skutek morderstwa dokonanego na narodzie żydowskim. Czy w wymiarze mentalności nie na tym polegała również misja Jezusa Chrystusa? „Moje myśli (i drogi) nie są waszymi myślami (i drogami)”. Jezus musiał umrzeć, by choć niektórzy pojęli istotę Jego misji i miłości Boga. Przywiązanie do naszego sposobu myślenia jest chyba najmocniejszą więzią, jaka łączy nas z doczesnością. Zmienić je może tylko Duch samego Boga, który przedtem jednak musiał przejść przez śmierć, by nas wyrwać z niosącej śmierć mentalności. Powrót do właściwego, pierwotnego ducha chrześcijańskiego, który tak mocno był obecny w pierwszym Kościele, a zatem proces głębokiego doświadczania wiary, Boga i człowieka, dokonuje się w związku z losem samych Żydów.
Żydzi i chrześcijanie, żyjąc obok siebie z bagażem wzajemnych uprzedzeń, zmuszeni są szukać sposobów nie tylko pokojowego współistnienia, lecz głębokiej więzi. Proces ten zawsze dokonuje się z oporami, trudnościami i cierpieniem.
Czekając na pojednanie Na wydarzenia takie, jak Jedwabne, można patrzeć z dwóch punktów widzenia. Można je widzieć jako wydarzenie przeklęte, wołające o pomstę, budzące rozpacz i przekonanie, że między Żydami a chrześcijanami (w domyśle – Polakami) zawsze będzie źle, a każde odkrywanie ciemnej strony historii pogorszy podziały, niechęć i nienawiść. Albo też, uznając fakt dokonanego zła, szukać sposobów na jego przezwyciężenie – lecz nie przez zamazanie złego czynu, wypieranie się go, relatywizowanie, szukanie stopnia winy – by móc wejść we wzajemną bliższą relację opartą na Bogu. Tylko bowiem Bóg może dać światło na historię indywidualną i wspólnotową, tylko On może udzielić łaski skruchy i przebaczenia. Wyciągać rękę do drugiego, którego skrzywdziłem – także w sensie zbiorowym – i z nim się jednać, jest możliwe jedynie z Bożą pomocą. Wtedy tragiczne wydarzenie może stać się bodźcem do odnowy naszej relacji z Bogiem i ludźmi.
Chrześcijanin,
który wie, że Bóg przez Jezusa Chrystusa przebacza mu
każdy grzech, jeśli się do niego przyzna, wyrazi skruchę i
poprosi o przebaczenie, może przebaczyć i kochać nie szukając
wzajemności, o którą tak często upomina się wielu ludzi
Kościoła w stosunkach z Żydami. Zachowa on przy tym pokój
wewnętrzny, „nie umrze, tam gdzie inni umierają” domagając się
uznania symetrii win i uzależniając własne nawrócenie od
nawrócenia drugiej strony. Przemawiając wprost do serca
postawa ta kruszy je, jest oliwą wylaną na rany, jakie każdy z nas
ma. Spełnia się wtedy obietnica wypowiedziana przez proroka
Ezechiela: „Dam wam serce nowe i nowego Ducha tchnę w wasze
wnętrze”. Wynika stąd, że aby dawać własnym życiem świadectwo o Jezusie Chrystusie trzeba żyć blisko ludzi. Chrześcijanie, otwierając się na Żydów i żyjąc w bliskiej z nimi relacji, szukając tego, co łączy, prosząc o przebaczenie i przebaczając, będą się stawać świadkami Boga i Jego Mesjasza w nowy, a zarazem najstarszy sposób, który podoba się Panu. Postawa roszczeniowa, żądania „ekwiwalentnej wymiany”, wypędza Ducha zmartwychwstałego Jezusa.
Chęć szybkiego nawrócenia niewierzących lub wierzących inaczej – w tym i Żydów – jest przejawem ludzkiej pychy, polegania na własnym rozumie i siłach oraz braku zrozumienia sposobu, w jaki Bóg prowadzi ludzi do wiary. Droga chrześcijańska jest drogą pokory, śmierci w nas „starego człowieka” i odkrywanej tam radości obcowania z Panem. Nasze pojmowanie dróg Bożych rozwija się i pogłębia z upływem czasu. Lud żydowski prowadzony jest w specyficzny dlań sposób, czego dowodem są dzisiejsze powroty Żydów do wiary przodków. Nie oznacza to, że wraz odnową teologii zmianie uległa chrześcijańska wizja czasów ostatecznych. Wprost przeciwnie: jest ona nadal bliska wizji żydowskiej. Koniec czasów nastąpi, gdy wszyscy ludzie, także Żydzi, uwierzą w Mesjasza, nie przez taki czy inny przymus zewnętrzny, lecz w sposób uwewnętrzniony, gdy wszyscy całym swym istnieniem przylgną do miłości Boga. Wówczas „nikt nikogo nie będzie musiał pouczać”.
Jak
się to dokona – nie wiemy. Jedno jest pewne, że będzie widoczne
w życiu każdego. Przyspieszanie zbawienia zawsze kończy się
przemocą, wojną, nienawiścią, czyli śmiercią. Nasz Bóg
jest Jeden i jedynym Jego celem jest, aby człowiek nie umierał,
lecz żył w pełni i na zawsze.
Jan Grosfeld
|




Jan
Grosfeld- Profesor Katedry Współczesnej Myśli Społecznej
Kościoła Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, członek
Komitetu Episkopatu Polski do Dialogu z Judaizmem, członek zarządu
Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów. Jest autorem m.in.
książek "Krzyż i gwiazda Dawida", "Czekanie na
Mesjasza"