Bliskowschodnie mity PDF Drukuj Email
Ocena użytkowników: / 10
SłabyŚwietny 

Milczałem od momentu kiedy w Izraelu wybuchły starcia, które rozpoczęły się od dyskusji na temat Wzgórza Świątynnego. Aż do dziś nie zadawałem sobie trudu, by mówić "Widzicie, mówiłem, że tak będzie". Nie mogę jednak dłużej milczeć. Czuję się zmuszony do przypomnienia czytelnikom artykułu, jaki napisałem zaledwie kilka tygodni przed wybuchem rozruchów. Tak, moi drodzy, przepowiedziałem wtedy obecne wydarzenia. Nie oczekuję jednak oklasków.

Joseph Farah, WorldNetDaily 11.10.2000

Zwykło się mówić, że często powtarzana nieprawda lub półprawda staje się prawdą. Niektórzy też mówią, że półprawda może być bardziej szkodliwa niż kłamstwo. Działanie tego mechanizmu może przybliżyć artykuł arabskiego dziennikarza mieszkającego obecnie w USA.


Milczałem od momentu kiedy w Izraelu wybuchły starcia, które rozpoczęły się od dyskusji na temat Wzgórza Świątynnego. Aż do dziś nie zadawałem sobie trudu, by mówić "Widzicie, mówiłem, że tak będzie". Nie mogę jednak dłużej milczeć. Czuję się zmuszony do przypomnienia czytelnikom artykułu, jaki napisałem zaledwie kilka tygodni przed wybuchem rozruchów. Tak, moi drodzy, przepowiedziałem wtedy obecne wydarzenia. Nie oczekuję jednak oklasków.

Wolałbym nie mieć racji. Ponad 80 ludzi zginęło od momentu wybuchu zamieszek w Jerozolimie[artykuł został opublikowany 11 października 2000r]. Od tego momentu liczba ofiar trwających zamieszek wciąż wzrasta A z jakiego powodu? Jeśli wierzyć temu, co podaje większość agencji informacyjnych, Palestyńczycy chcą mieć ojczyznę, a muzułmanie chcą kontrolować miejsca uważane przez nich za święte. Proste, prawda?  

No cóż, jako Arab i zarazem dziennikarz amerykański, który spędził sporo czasu na Bliskim Wschodzie, wielokrotnie uszedł spod gradu kamieni i otarł się o śmiercionośne pociski, muszę wam powiedzieć, że to tylko preteksty do wywoływania zamieszek, stwarzania problemów i zagrabiania ziemni. Czyż nie wzbudza zainteresowania to, że przed wojną arabsko-izraelską w 1967 roku nie istniał żaden poważny ruch zmierzający do stworzenia palestyńskiej ojczyzny?

"Dobrze, panie Farah", mógłby ktoś powiedzieć, "tak było przed zajęciem przez Izraelczyków Zachodniego Brzegu i Starej Jerozolimy". To prawda. W Wojnie Sześciodniowej Izrael zajął Samarię i wschodnią Jerozolimę. Ale Izraelczycy nie odebrali tych terytoriów Yasserowi Arafatowi, tylko Hussajnowi, królowi Jordanii. Zastanawia mnie, dlaczego wszyscy ci Palestyńczycy nagle odkryli swoją tożsamość narodową po tym, jak Izrael wygrał wojnę?

Prawda jest taka, że Palestyna nie jest ani trochę bardziej zakorzeniona w historii niż kraina Utopii Nazwa Palestyna została po raz pierwszy użyta w 70 roku n.e., kiedy to Rzymianie dokonali ludobójstwa Żydów, doszczętnie zniszczyli Świątynię i ogłosili, że nie istnieje już kraj izraelski Od tego momentu - powiedzieli Rzymianie - ziemia będzie nosić miano Palestyna. Nazwa ta pochodziła od Filistynów, ludu który wydał Goliata, i który został podbity przez Izrael całe wieki wcześniej. Rzymianom chodziło o jeszcze większe pognębienie Żydów. Próbowali również zmienić nazwę Jerozolimy na Aelia Capitolina, nazwa ta jednak nigdy się nie przyjęła.  

Jako jednostka autonomiczna Palestyna nigdy nie istniała - ani przedtem ani potem. Obszar ten był rządzony przez Rzymian, muzułmanów, chrześcijańskich krzyżowców, przez imperium Ottomanów i - przez krótki czas - przez Brytyjczyków, po I wojnie światowej. Władze brytyjskie zgodziły się na stworzenie, przynajmniej na części tego obszaru, ojczyzny Żydów.

Nie istnieje odrębny język palestyński. Nie istnieje odrębna palestyńska kultura. Nigdy nie było państwa o nazwie Palestyna rządzonego przez Palestyńczyków. Palestyńczycy to Arabowie, niczym nie różniący się od Jordańczyków, Syryjczyków, Libańczyków, Irakijczyków, itp. Pamiętajmy, że Arabowie kontrolują 99,9%  ziem Bliskiego Wschodu, podczas gdy Izrael zajmuje zaledwie 0,1% całego tego obszaru.  

Ale ta jedna dziesiąta część procenta to zbyt wiele dla Arabów. Chcą mieć wszystko. To właśnie tak naprawdę jest przyczyną obecnych walk w Izraelu. Chciwość. Pycha. Zazdrość. Pożądliwość. Niezależnie od tego, jak daleko Izrael pójdzie na ustępstwa oddając kolejne ziemie, Arabom nigdy to nie wystarczy . A co ze świętymi miejscami islamu? Nie ma takich w Jerozolimie. Jesteście zaszokowani? Powinniście być. Nie spodziewam się, abyście kiedyś usłyszeli tę brutalną prawdę od kogokolwiek w międzynarodowych mediach. Ta prawda nie jest politycznie wygodna.  

Wiem, co teraz powiecie: "Panie Farah, przecież meczet Al-Aqsa i Kopuła Skały to trzecie w kolejności najświętsze miejsca islamu.” Nieprawda. W rzeczywistości w Koranie nie ma ani jednej wzmianki o Jerozolimie. Setki razy wymienia się w nim Mekkę. Niezliczoną liczbę razy mówi się o Medynie. Ani razu o Jerozolimie. Nic dziwnego, nie ma przecież ani jednego historycznego dowodu na to, że Mahomet kiedykolwiek był Jerozolimie.

W jaki więc sposób Jerozolima stała się trzecim najświętszym miastem islamu? Muzułmanie cytują dziś niejasny fragment Koranu, surę siedemnastą, zatytułowaną "Nocna Podróż". Fragment ten mówi, że we śnie czy może w wizji, Mahomet został nocą przeniesiony "ze świętej świątyni do najdalszej świątyni ...". W VII wieku niektórzy muzułmanie zaczęli dowodzić, że chodzi tu o Mekkę i Jerozolimę. Taki jest najbliższy możliwy do znalezienia związek islamu z Jerozolimą - mit, fantazja, "pobożne" życzenie. Tymczasem żydowskie korzenie w Jerozolimie sięgają czasów Abrahama.  

Kolejna fala przemocy w Izraelu rozpoczęła się w momencie, kiedy przywódca partii Likud, Ariel Sharon, chciał odbyć wizytę na Wzgórzu Świątynnym, miejscu, gdzie Salomon wybudował Świątynię. Jest to najświętsze dla Żydów miejsce. Sharon i towarzyszące mu osoby zostali przywitani kamieniami i groźbami. Wiem, jak to jest. Też tego doświadczyłem. Czy możecie sobie wyobrazić, jak czują się Żydzi, którym się grozi, obrzuca kamieniami i nie dopuszcza do najświętszego miejsca judaizmu? 

Jakie jest więc rozwiązanie dla tego bliskowschodniego okaleczenia? Prawdę mówiąc, nie sądzę, żeby istniał jakikolwiek leżący w ludzkiej mocy sposób położenia kresu tej przemocy. Ale nawet, jeśli jakiś istnieje, musi się oprzeć na prawdzie. Udawanie przyniesie jeszcze większy zamęt. Traktowanie liczącego 5000 lat prawa do ziemi uzasadnionego wymowną liczbą dowodów archeologicznych i historycznych na równi z nieuzasadnionymi roszczeniami i chęciami stawia dyplomatów i działaczy na rzecz pokoju w niezwykle złym świetle.