Przypowieść o dobrym Samarytaninie PDF Drukuj Email
Ocena użytkowników: / 50
SłabyŚwietny 
Wpisany przez Ewa Sidor   

Miastem Pokoju był niegdyś Eden

Pierwszym Jeruzalem z bramami ze złota

Na górze wysokiej świętością lśnił

Kwieciem pachnący nad brzegiem czystych wód

Oczy mojego ojca i matki mojej to widziały

Tam ich niewinne początki się ziściły

Z zamysłu Stworzyciela, z tchnienia jego ust


Przez bramy ze złota odeszli daleko

Rodzice moi, Ojca porzuciwszy

Z domu rodzinnego śpiesznie uchodzili

By za murami Miasta Pokoju potomstwo rodzić

 

I szły…

Szły warkoczem zastępy ludzkie

Ze świętego Jeruzalem bramami wychodzili

Z terenów wysokich w niskie zdążali

Dziwnie zgrzybiali, pomiędzy zbójcami wędrując

Bezradni kapłani, bezradni lewici

Ich ran nie goli, z drogi nie zawrócili


I odpływały…

Odpływały wartkim nurtem potoki ludzkie

Ze świętego Jeruzalem bramami przeciekały

Z terenów wysokich w niskie spływały

Rwącym strumieniem, rwącym potokiem

Żłobiąc własne koryta w drodze do Jerycha


I posłał Ojciec po rodziców moich

Po potomstwo ich, marszem strudzone

Dziwaka i gorszyciela co chciał

By ciało jego jeść i krew jego pić


Szaleńcze i cudaku wielki

coś oliwą i winem nam rany zalał

Odrzucony Samarytaninie

co na rękach dźwigasz ludzkość chorą i nieprzytomną

daj nam że się w gospodzie ocucimy

O zmysłach przytomnych pieśń ci zanucimy

Wtedy też rzeka ludzi swój nurt zawróci

I z Jerycha do Jeruzalem powróci


Ewa Sidor