|
| Przypowieść o dobrym Samarytaninie |
|
|
|
| Wpisany przez Ewa Sidor | |||
|
Miastem Pokoju był niegdyś Eden Pierwszym Jeruzalem z bramami ze złota Na górze wysokiej świętością lśnił Kwieciem pachnący nad brzegiem czystych wód Oczy mojego ojca i matki mojej to widziały Tam ich niewinne początki się ziściły Z zamysłu Stworzyciela, z tchnienia jego ust Przez bramy ze złota odeszli daleko Rodzice moi, Ojca porzuciwszy Z domu rodzinnego śpiesznie uchodzili By za murami Miasta Pokoju potomstwo rodzić
I szły… Szły warkoczem zastępy ludzkie Ze świętego Jeruzalem bramami wychodzili Z terenów wysokich w niskie zdążali Dziwnie zgrzybiali, pomiędzy zbójcami wędrując Bezradni kapłani, bezradni lewici Ich ran nie goli, z drogi nie zawrócili I odpływały… Odpływały wartkim nurtem potoki ludzkie Ze świętego Jeruzalem bramami przeciekały Z terenów wysokich w niskie spływały Rwącym strumieniem, rwącym potokiem Żłobiąc własne koryta w drodze do Jerycha I posłał Ojciec po rodziców moich Po potomstwo ich, marszem strudzone Dziwaka i gorszyciela co chciał By ciało jego jeść i krew jego pić Szaleńcze i cudaku wielki coś oliwą i winem nam rany zalał Odrzucony Samarytaninie co na rękach dźwigasz ludzkość chorą i nieprzytomną daj nam że się w gospodzie ocucimy O zmysłach przytomnych pieśń ci zanucimy Wtedy też rzeka ludzi swój nurt zawróci I z Jerycha do Jeruzalem powróci Ewa Sidor
|


